Kradzież kabli ze stacji ładowania: setki tysięcy strat, grosze zysku
- Autor
- Michał Woźniak
- Data
- Treści generowane automatycznie
- Lektura
Wraz z dynamicznym rozwojem infrastruktury dla pojazdów elektrycznych w Polsce, przed operatorami stacji stanęło zupełnie nowe, uciążliwe wyzwanie. Kradzież kabli z punktów szybkiego ładowania stała się w ostatnich miesiącach zjawiskiem powszechnym, zmuszającym firmy do ponoszenia ogromnych kosztów. Sprawcy, zmotywowani chęcią szybkiego i łatwego zarobku, dewastują kosztowne urządzenia, nie zważając na to, jak rażąco nieopłacalny – w szerszym ujęciu gospodarczym – jest to proceder.
Miedź na celowniku: 15 tysięcy kontra kilkaset złotych
Głównym obiektem pożądania złodziei jest miedź. Przewody w stacjach prądu stałego (DC) muszą być niezwykle grube, aby bezpiecznie dystrybuować energię o wysokiej mocy. Z analiz rynkowych wynika, że w jednym takim złączu może znajdować się od 1,5 do nawet 7 kg cennego surowca. Niestety, wandalizm ten wiąże się z kolosalną dysproporcją między rzeczywistą wartością zniszczonego sprzętu a realnym łupem przestępcy.
Jak informuje sieć Powerdot, rynkowa cena nowego kabla złącza CCS to wydatek zaczynający się od 15 tys. zł. Tymczasem sprawca, po odcięciu wtyczek i mechanicznym obraniu izolacji, otrzymuje w punkcie skupu złomu zapłatę rzędu zaledwie kilkuset złotych. Mimo tego braku ekonomicznej logiki, skala zjawiska jest znacząca. Szacuje się, że w Polsce funkcjonuje obecnie około 6 tys. punktów szybkiego ładowania, z czego według danych Powerdot, zjawisko kradzieży dotknęło już około 10 proc. infrastruktury podlegającej pod tego operatora.
Przestępczość drogowa a paraliż dla kierowców
Tego typu przestępczość drogowa to nie tylko problem księgowych w firmach operatorskich, ale przede wszystkim potężny cios dla zwykłych użytkowników pojazdów elektrycznych. Brutalne przecięcie kabli eliminuje konkretny punkt z mapy dostępnych ładowarek. Przestój niezbędny na sprowadzenie i bezpieczne zamontowanie nowych przewodów może trwać od kilku dni do kilku tygodni.
Zuchwałość sprawców bywa przy tym porażająca. W województwie łódzkim działała grupa przestępcza, w przypadku której wyceniono łączną wartość zrabowanych kabli na gigantyczną kwotę 450 tys. zł. Systematyczne okradanie stacji powoduje głęboki paraliż w transporcie i skłania organizacje branżowe do głośnych apeli. Postulują one zmianę prawa, aby publiczne stacje ładowania były traktowane na równi z infrastrukturą krytyczną, co radykalnie zaostrzyłoby kwalifikację tego typu czynów.
Odpowiedź rynku: technologia, sądy i paserstwo
Rynek błyskawicznie adaptuje się do nowych zagrożeń. Sieć Powerdot zmieniła swoje procedury i obecnie utrzymuje stały magazynowy zapas niezbędnych kabli po to, by minimalizować uciążliwe dla kierowców przestoje sprzętu. Równolegle same ładowarki są dozbrajane technologicznie: montuje się dodatkowe fizyczne osłony, czujniki alarmowe i systemy całodobowego monitoringu. W szczególnych przypadkach wewnątrz infrastruktury instaluje się także dedykowane nadajniki GPS.
Wymiar sprawiedliwości zaczął wyciągać wobec sprawców realne konsekwencje. Przykładowo Sąd Rejonowy w Głogowie rozpatrywał niedawno sprawę kradzieży dwóch kabli ze stacji Powerdot. Zapadł surowy wyrok orzekający karę 8 miesięcy ograniczenia wolności, zobowiązanie do wykonania 240 godzin nieodpłatnej pracy na cele społeczne oraz – co stanowi najważniejszy precedens – obowiązek naprawienia szkody, czyli zwrotu pełnej kwoty skradzionego wyposażenia. W innej podobnej sprawie sąd skazał sprawcę na rok pozbawienia wolności, a orzeczenie to finalnie zmieniono na dozór elektroniczny. Z informacji przekazywanych przez operatorów wynika, że w samym wrześniu wokandy polskich sądów mają zająć się jeszcze co najmniej trzema takimi przypadkami.
Spać spokojnie nie mogą również nieuczciwi biznesmeni z drugiej strony tego łańcucha. Przedsiębiorcy prowadzący skupy złomu mają ustawowy obowiązek rygorystycznego weryfikowania pochodzenia przyjmowanych metali. Zgodnie z polskim prawem, odkupywanie skradzionych części od niezweryfikowanych osób jest klasyfikowane jako paserstwo. Grożą za nie bardzo poważne sankcje, sięgające nawet do 5 lat bezwzględnego pozbawienia wolności.
