Kuriozalna kontrola policyjna. Czy kierowcy wolno używać Yanosika?
- Autor
- Artur Maszak
- Data
- Treści generowane automatycznie
- Lektura
Głośna kontrola policyjna, przeprowadzona pod koniec sierpnia przez funkcjonariuszy z Gorzowa Wielkopolskiego, wywołała szeroką dyskusję wśród polskich kierowców. W centrum kontrowersji znalazł się nie tylko sam, dość specyficzny w swoim przebiegu, pomiar prędkości z wideorejestratora, ale również popularny komunikator drogowy Yanosik. Choć w trakcie nagranej interwencji ze strony funkcjonariuszy padło zdecydowane twierdzenie o rzekomym zakazie korzystania z takich aplikacji, polskie przepisy jasno i jednoznacznie precyzują tę kwestię.
Radiowóz, wideorejestrator i sporny pomiar
Do głośnego zdarzenia doszło w momencie, gdy nieoznakowany radiowóz, którym poruszali się funkcjonariusze z jednostki Komenda Miejska Policji w Gorzowie Wlkp., zatrzymał kierowcę pod zarzutem drastycznego złamania przepisów ruchu drogowego. Według wskazań urządzenia pokładowego, ścigany pojazd miał poruszać się z prędkością 122 km/h na odcinku, gdzie obowiązywało odgórne ograniczenie prędkości do 70 km/h.
Tego typu urządzenia rodzą jednak technologiczne wątpliwości – nie mierzą one bezpośrednio prędkości śledzonego auta, lecz rejestrują prędkość samego radiowozu. Aby odczyt był rzetelny, funkcjonariusz za kierownicą musi precyzyjnie utrzymać równy dystans za obserwowanym pojazdem, opierając się wyłącznie na własnym oku. W omawianym przypadku pomiar trwał niespełna 3 s i został wykonany na dystansie 100 m. Kontrolowany kierowca od początku nie zgadzał się z wynikiem, argumentując, że nagranie wykonano z bardzo dużej odległości, co całkowicie uniemożliwia ocenę tego, czy radiowóz nie dokonał tak zwanego najazdu (czyli celowego lub przypadkowego zbliżenia się i nabrania prędkości). Funkcjonariusz przekonywał, że najazdu nie było, jednak brak cyfrowego potwierdzenia dystansu to bardzo powszechna luka.
Problem ten dosadnie punktuje ekspert, Sebastian Jurkiewicz z Fundacji Pomocy Kierowcom StopMandat: „Problem z policyjnymi wideorejestratorami polega na tym, że urządzenie nie pokazuje najważniejszego parametru, czyli odległości między radiowozem a mierzonym pojazdem. Zastępuje ją oświadczenie policjanta, że podczas pomiaru odległość była stała. Bez tej informacji nie da się jednak potwierdzić, że prędkość została zmierzona prawidłowo. Dlatego uważam, że pomiary wykonywane tymi urządzeniami są niemiarodajne, a wiele z nich może być przeprowadzonych niepoprawnie”.
Yanosik w świetle prawa
Kluczowym, a zarazem najbardziej abstrakcyjnym momentem samej interwencji była dyskusja o elektronicznych asystentach kierowcy. Zatrzymany mężczyzna oświadczył stanowczo, że korzystał z rozwiązania Yanosik, doskonale wiedział, że jedzie za nim nieoznakowany patrol i świadomie trzymał się dopuszczalnych ograniczeń. W odpowiedzi policjantka z pełnym przekonaniem stwierdziła, że używanie aplikacji Yanosik w Polsce jest nielegalne.
Twierdzenie to mija się z prawdą i wywołało olbrzymie zdziwienie opinii publicznej. Zarówno Yanosik, jak i inne podobne rynkowe systemy ostrzegania – takie jak Waze czy Google Maps – funkcjonują w Polsce w 100% legalnie. Nie ma obecnie żadnego przepisu kodeksu drogowego, który zakazywałby kierowcy korzystania z oprogramowania informującego o sytuacji na drodze. Co więcej, administracja i same jednostki policyjne wielokrotnie, właśnie w kooperacji z systemem Yanosik, przeprowadzały celowe akcje profilaktyczne poprawiające bezpieczeństwo.
Prawo do nagrywania interwencji i finał sprawy
W trakcie wymiany zdań w radiowozie, kierowca zdecydował się rejestrować jej przebieg, co spotkało się z natychmiastowym protestem policjantów. Warto podkreślić, że obowiązujące w Polsce prawo całkowicie zezwala obywatelom na nagrywanie funkcjonariuszy podczas wykonywania czynności służbowych, i takie nagranie ma pełne prawo służyć później jako prawny dowód w sądzie. Trzeba mieć natomiast świadomość, że zakazana jest publikacja surowego materiału w internecie – nieuprawnione upublicznienie twarzy narusza przepisy o RODO, dając nagranemu policjantowi podstawy do wytoczenia sprawy cywilnej.
Jak wynika z kontekstu sytuacji, kuriozalna kontrola nie zakończyła się uściskiem dłoni. Kierowca zdecydowanie odmówił przyjęcia mandatu w wysokości 1500 zł, nie oddał również dokumentów w obliczu widma utraty prawa jazdy na trzy miesiące. Jego linia obrony wzięła pod uwagę jeszcze jeden istotny aspekt – kierujący zeznał, że jego samochód, z racji awarii, znajdował się tego dnia w mechanicznym trybie awaryjnym, który ograniczał obroty i narzucał sztywny limit prędkości do maksymalnie 90 km/h. Skoro więc pojazd technicznie nie był w stanie pojechać szybciej, rozwinięcie prędkości 122 km/h było zwyczajnie niemożliwe. Sprawa bez mandatu, ale z materiałem dowodowym, trafiła do sądu, który oceni, po której stronie leży prawda i czy wideorejestrator w istocie zmierzył prędkość kontrolowanego, czy wyłącznie ścigającego go policjanta.
